Pierwszy raz hummus jedliśmy w Berlinie. Kilka lat temu, szwendając się zawędrowaliśmy do malej knajpki. Właściwie było to pomieszczenie wielkości chustki do nosa z czterema stolikami na wysokich nóżkach, przy których na stojąco wcinało się syryjskie smakołyki.

 

W otwartej kuchni uwijał się uśmiechnięty Syryjczyk, a jego berlińska żona podawała talerze wypełnione pachnącą mozaiką kolorów i smaków. Tłok był nieziemski, a większość klienteli stanowili pobratymcy właściciela. Oho, dobry znak, pomyśleliśmy. Zamówiliśmy falafel, a na omastę dostaliśmy hummus. Co to był za smak! Pasta była delikatna, lekko kwaśna, czuć było czosnek i sezam. I jeszcze nieznany, słodko-gorzki kumin. Jedliśmy, jedliśmy i jedliśmy... Poczuliśmy się bezbrzeżnie szczęśliwi i kulinarnie zaspokojeni. Ta potrwa nas znalazła i musiała do nas wrócić. Kropkę nad "i" postawił Bart. Wrócił z Izraela, wręczył mi prezent, półkilogramowe pudełko humusu, i powiedział: "Róbmy hummus dla ludzi". Najśmieszniejsze jest to, że on kompletnie nie umie gotować... I tak zaczęliśmy robić hummus, żeby ludzie byli szczęśliwi.